piątek, 27 czerwca 2014

Wakacje

Trochę się u mnie wydarzyło od czasu majowego wpisu. Postaram się to trochę uporządkować.

1. Baster wrócił do domu już dawno ;) Trochę pusto się w domu zrobiło. Dzięki Basterowi nastąpił pewien przełom. Mianowicie...zaczęłam z Dainem chodzić bez smyczy po osiedlu. Zaczęło się od próby wyprowadzenia dwóch szetlandów na smyczy w tym jeden był na flexi i w szelkach (brr mój koszmar). W końcu się wkurzyłam poodpinałam karabińczyki i tylko pilnowałam, żeby niczego nie zeżarły ani żeby Dain nie poleciał do psa. Teraz lata bez smyczy poza terenem fortów. Nie jest źle, przywołanie całkiem niezłe, pies grzeczny.
Ja z kolei utwierdziłam się w przekonaniu, że życie z dwoma psami jest o wiele fajniejsze i ciekawsze ;)
2. Byliśmy także na Marszu Azylanta. Mało tego! Ja i Dain oraz Magda i Bona prowadziłyśmy marsz :D Rasowiec po championach i beagle w typie prowadzące marsz psiaków z azylu- nieźle to wyglądało. Dain zachowywał się bardzo dobrze jak na siebie. Z Magdą się nawet dogadał (ach, te żołądki), a od jednej pani żebrał ciasteczka.
3. Kolejnym wydarzeniem było pojawienie się na międzynarodówce w Krakowie. Nie wystawiałam Daina ani nie braliśmy udziału w zawodach obi. Spotkaliśmy się tam z Gabą od Nikiego. Przy ringu szetlandów natknęliśmy się także na Magdę i Greenday'a. Tutaj znowu muszę pochwalić Daina, bo był bardzo grzeczny, super się szarpał i nie nakręcał się na inne psy. W dodatku dane mi było zwątpić w szetlandzkość Daina. Kiedy Greenday i Niki zaczęli na siebie szczekać Dain...po prostu stał i się patrzył. Nic, ani nie wariował ani nie szczekał.
Otrzymałam kilka rad odnośnie socjalizacji Daina z ludźmi i zostałam utwierdzona w przekonaniu, że IPO to wcale nie jest taki do końca zły pomysł. Na wystawie kupiłam Dain'owi futerkowy gryzak, który idealnie nadaje się do przekierowania jego emocji. Dain kiedy odchodzi od jakiegoś psa mocno się nakręca, a szarpak bądź gryzak pozwalają mu te emocje wyładować.
Planujemy spotkać się jeszcze w lipcu :)
Później wybyłam na 3 dni na wschód Polski z wycieczką szkolną. Pies miał depresję, mało brakowało by zaczął się ciąć. Wróciłam jednak i jest cacy.

Niedługo minie rok odkąd mam tego kochanego olbrzyma :) Z tej okazji postaram się sklecić w końcu jakiś filmik. Jeszcze kilka ujęć jakiś pierdołowatych sztuczek, wodowanie i wreszcie filmowa relacja z bunkrowego tunelu, która mam nadzieję obejdzie się bez duchów.

A od dziś mam wakacje.
Tym razem postaram się je wykorzystać w pełni na szkolenie Daina. Dotąd moje wakacje w czasie, których obiecywałam sobie ile to ja nauczę Lakiego kończyły się na czytaniu i ganianiu szetlanda po wsi czy mizianiu zapchlonych szczeniaków.
Teraz będzie inaczej! Dain to kompletnie inny pies i u niego dyscyplina jest potrzebna do okiełznania jego iście diabelskiego charakteru. Mam także nadzieję na znalezienie jakiegoś porzuconego szczeniaka. Mam takie marzenie od jakiegoś czasu i jakoś wszystkie znajdy omijają mnie szerokim łukiem. To jest chyba złośliwe no, nie dostać okazji na uratowanie ulicznego kundla.
W sierpniu wyjeżdżamy nad morze na jakieś dwa tygodnie. Będziemy też w Goleniowie gdzie znowu będę mieszkać z dwoma psami :) Na lipiec planuje jakieś spacerki i wyprawy w nieznane.

W okresie wakacji postaram się zwiększyć moją aktywność na blogu :)
Udanych wakacji! :)



czwartek, 1 maja 2014

Majówki czas!

Po wczorajszej szkolnej wycieczce rozpoczęła się majówka.
Ciepło jest, ptaszki ćwierkają, ja aż tak bardzo nie smarkam, a Dain ma nowego przyjaciela.
Dziś przed dziewiątą rodzice przywieźli Bastera (Baster Z Łańcuta) od mojego wujka. My z kolei daliśmy wujkowi i jego rodzinie moją siostrę, no wiecie taka wymiana :P
Baster też jest szetlandem, blisko spokrewnionym z Lakim.
Basti spędzi u nas cztery dni. Trochę dłużej niż zazwyczaj, ale mi to nie przeszkadza bardzo. Szelciaki póki co dobrze się dogadują, jedynie Dain wkurzał trochę Bastera gliżdżeniem się, więc staruszek zaprezentował mojemu pełen garnitur zębów. W tej chwili oba siedzą w salonie. Tzn. Baster leży, a Dain bawi się piszczącą piłeczką (parę razy rzucił nią w Bastera...).
Za jakiś czas pierwszy wspólny spacer i zobaczymy jak będzie na zewnątrz :)

wtorek, 15 kwietnia 2014

Wszystkiego najlepszego, Dain!

Ostatnio doszłam do wniosku, że wszystkie moje szetlandy trafiły do mnie przypadkiem, niezamierzone. Zamiast Lakiego miał być jego brat Lary, którego atutem była strzałka na pysku. A zamiast Daina (który swoją drogą ma strzałkę na pysku) miał być jakiś tricolorek.
Więc jak chciał los mam swojego śniadasa ze strzałką.

Dziś śniadasek ma już roczek i z takiego puszka:
Stał się takim łysolem:
Zdecydowanie Dain z powołaniem się nie minął. Kocha zabawki ponad życie, żywioł taki, że głowa boli, jego wygląd odpowiada mojemu ideałowi szetlanda. W okazywaniu uczuć jest bardzo, aż za bardzo żywiołowy :) Jego dwie ulubione ciotki wiedzą o tym aż za dobrze ;)
Również utwierdzam się w przekonaniu, że imię do niego doskonale pasuje. Ostatnio sięgnęłam do 8 tomu ,,Pasa Deltory" by odgrzebać krótki opis imiennika mojego psa:
,,Dain był cichy, posłuszny i obowiązkowy jak jego ojciec, śniady i delikatny jak jego torańska matka."
Mój prywatny Dain ani nie jest cichy, ani posłuszny, ani obowiązkowy (czy on w ogóle ma jakąś robotę?), a delikatność to dla niego pojęcie totalnie abstrakcyjne. Ale jest śniady! Tyle wygrać, chciałoby się rzec.

Jest jednak moim ukochanym piegowatym durniem, który jest dokładnie taki jakiego sobie wymarzyłam.
Może i czasem się na niego wkurzam, rwe włosy z głowy (teraz już wiecie czemu mam taką fryzurę), ale nie wymieniłabym go na żadnego wilczura czy jakiegokolwiek innego psa.
Jest moim wyborem podjętym pod wpływem swego rodzaju sentymentu, a jednak wyborem świadomym. Przeżyłam rok z psem o takich a takich cechach charakteru, o takich, a takich problemach i żyć będę kolejne lata, bo to jednak MÓJ pies i całkowicie mi oddany TOWARZYSZ. Nie jestem alfą, nie jestem przywódcą, on nie jest omegą, on nie jest poddanym. Jesteśmy partnerami, którzy wzajemnie się docierają i rozumieją coraz lepiej. Naprawdę serce rośnie, kiedy twój pies zamiast gonić zawzięcie ptaki przez pół osiedla przybiega na twoje wezwanie. Przy okazji ryjąc pyskiem ziemię na zakręcie ;)
To jest po prostu mój przyjaciel, który mam nadzieję nie opuści mnie jeszcze przez wiele wiele lat :)



sobota, 29 marca 2014

Minął rok...

 ,,I miss you so
Seems like it's been forever
That you've been gone
Where'd you go?
I miss you so
Seems like it's been forever
That you've been gone
Please come back home"
Fort Minor- Where'd you go? 


 Obudziłam się dziś z szetlandem na żebrach i językiem na twarzy.
Laki zwariował?
Nie, to Dain.
Laki ograniczał się do lizania, ewentualnie jęczenia i tykania łapą. Był dużo bardziej subtelniejszy i delikatniejszy. No i każdy poranek nie był desperacką walką o oddech, bo jakieś bydle położyło ci się na klacie.  
Laki w ogóle nie powodował trwałych uszkodzeń u mnie. Tylko raz się stuknęliśmy głowami, aż coś trzasło.
To raczej ja na niego nadeptywałam, to on oberwał ode mnie z łokcia, to ja mu omyłkowo spuściłam miecz na łeb.
Nic celowo, po prostu bywam kompletną ciamajdą.
Ale Laki to znosił.
On wiele mi wybaczał.
Fakt, obraził się nieraz na mnie niejednokrotnie. Ale przeprosiłam i znowu było dobrze.
Ja także się na niego nieraz obrażałam. Bezpodstawnie, z perspektywy czasu. Ale potem było dobrze.
W końcu najlepsi przyjaciele też się czasami kłócą.
A z czasem kłócą się coraz mniej i mniej.
Dwa pasujące do siebie puzzle.
Kiedy ja nie wyrabiałam, Laki był na przedzie. Czekał na mnie, chciał mnie puścić przodem, ale ja go wypychałam przed siebie.
Idź, chłopie, ja zaraz dojdę.
Kiedy Młody nie wyrabiał ja go wołałam. Motywowałam. On szedł. Tak było wtedy w Dolince, pewnej zimy, kiedy to nie mógł wejść pod górkę, tak było na górze piachu na Rżące.
Zrobię to dla ciebie.

Memories are bittersweet
The good times we can't repeat
Those days are gone and we can never get them back
Now we must move ahead
Despite our fear and dread
We're all just wishing we could stop but
                                                                     The Offspring-Can't repeat

Tak naprawdę gdziekolwiek bym nie poszła i tak nie uwolnię się od widma Młodego.
Zresztą wcale nie chcę. Wygodnie mi z tym.
Obroża zmieniła swoje miejsce. Cóż, nie jest tam gdzie trzeba, ale jest tam gdzie jest potrzebna.
Laki kochał spacery. A na spacery wychodził w obroży. Smycz zazwyczaj była zbędna.
Tylko raz zapomniałam obroży. Chwilowe szaleństwo dozwolone, bo posiadacz obroży obecny.
Butów też wtedy zapomniałam.
Jednak psa nigdy nie zapominałam.
Laki był moim znakiem charakterystycznym. Gdy byłam bez niego mogłam przejść osiedle i nie usłyszeć ani razu "cześć".
Wyszłam z nim na 10 minut.
Cześć! Cześć! Cześć!
I kończyło się na godzinnym spacerze.
Kiedyś w Wigilię u rodziny rozmawiałam z pewną starszą kobietą. Pokazywałam jej zdjęcia Lakiego na aparacie. W pewnym momencie oderwała wzrok od zdjęć i rzekła:
-Dobrze, że robisz mu tak dużo zdjęć. Będzie co wspominać kiedy odejdzie.
Wtedy pomyślałam, że przez te 16 lat pewnie ich się trochę uzbiera. Bo tyle miał żyć Laki.
Szkoda, że człowiek jest istotą omylną.

No i minęło te 16 lat minus 10.
Zdjęć jest dużo, filmów też.
Wspomnień jeszcze więcej.
Nawet futro się zachowało.
Zawsze zazdrościłam tym, którzy od kołyski mieli psy. Teraz już nie zazdroszczę.
Dorastałam, kształtowałam swój światopogląd z najwspanialszym psem jaki kiedykolwiek się narodził. On mi pomógł przeżyć, do samego końca kształtował mój charakter. Odnoszę wrażenie, że to on nauczył mnie więcej niż ja mogłam nauczyć jego. Dorastał razem ze mną.
Wręcz zrósł się ze mną.
Trafił do mnie w odpowiednim czasie.
Nie wiem kto zarządził jego odejściem. Jeśli Hades to ja chcę być Orfeuszem.
Kimkolwiek ten ktoś był, dla niego to był odpowiedni moment na odejście.
Szkoda, że był niezaznajomiony z naszymi planami.
Ale przeszłość jest nieodwracalna.
W sumie to bardzo dobrze.
Przeszłość zawiera wspomnienia.
Ale cóż poradzę na to, że szetlandy to uparte stworzenia i Laki postanowił nie opuszczać mojego serca?
Dopiszę sobie to na listę przydomków Lakiego: Pies, który nie poddał się Hadesowi.

,,Mówi się, że każdy miłośnik psów spotyka w swoim życiu jednego psa, który jest jego bratnią duszą, i z którym łączy go cudowna i tajemnicza więź"
Linda Baxter
Dziękuję, Młody.
                                                      

czwartek, 13 lutego 2014

Szetlandy dwa

Od kiedy kupiłam Daina wiedziałam,  że kiedyś ta notka się pojawi na blogu.
Notka porównująca Lakiego i Daina.
Wiedziałam, że to nieuniknione, że oba szetlandy będę porównywać.
Ktoś może się przyczepić, że to niezbyt dobre. Ja uważam, że wskazanie różnic i podobieństw może być bardzo przydatne w pracy z Dain'em, bo łatwiej będzie mi nie traktować go jak Lakiego.
Więc zaczynajmy.

Tylko od czego zacząć? Wygląd?
Jak w pysk strzelił te szetlandy wyraźnie się różnią.



Dain wzrostem przerasta Lakiego. Młody miał jakieś 36 cm wzrostu, Dain ma ok. 38.
Wagowo są zbliżeni. Laki ważył 8 kg, Dain obecnie 9.
Lakut jak widać był krótszy od Daina. Dain z kolei jest od Lakiego smuklejszy, nie jest tak napakowany. Jak widać na zdjęciach, Dain dostał w spadku Lakusiowe szelki-komandoski ;) Czemu o tym wspominam? By wskazać kolejną różnicę w wyglądzie. Żeby na Dudusia szelki były dobre trzeba było ten pasek z przodu pomniejszyć.
Co się dziwię, na pierwszy rzut oka widać, że Laki to paker był ;)
Laki miał także głowę o wiele bliższą wzorcowi niż Dain. Wedle sędziny głowa Rudego jest bardziej jak głowa collie. Wina słabego stopu, ot co.
Dain ma także wyraźniejsze wcięcie w tali, ale nie wiem na ile to wina tego, że jest po prostu łysy.
Dain ma o wiele mniej podszerstka niż Laki. Ale jedna rzecz ich łączy...odwieczny problem ze znalezieniem obroży.
Dain ma tylko jedną białą łapę. Laki jak widać miał wszystkie białe ;)
Resztę już nie będę omawiać, bo widać po zdjęciach ;)

A teraz czas przejść do charakterków.
Zacznijmy od stosunku do obcych psów.
Laki był dominantem. Z psami się nie bawił. Za sukami ganiał, ale na zasadzie ona ucieka to ja też se pobiegam. Tylko raz widziałam jak Laki przypadł do ziemi w geście zaproszenia do zabawy. Ale umiał się z psami porozumiewać, konfliktów nie wywoływał, ale w razie czego umiał się bronić i to nieźle (swego czasu pewnego skundlonemu yorkowi zafundował szramę na nosie). Laki miał na swoim koncie kilka poturbowań przez psy, ale mimo to chłop twardy, nie bał się ich ani nie atakował. Był z nim taki problem, że szedł do psów, ale na szczęście z czasem wypracowałam z nim ignorowanie (kiedyś wchodząc tyłem po schodach podszedł do niego jakiś kundelek i zaczął zaczepiać, a Laki nawet go nie zauważył). Jeśli dany pies przeginał, Laki potrafił to okazać. Nie był ciapą.








                                                       
Dain jest typem uległym. Z psami chętnie by się bawił. Szczególnie z tymi małymi. Do dużych ma respekt, ale nie ma jakiegoś wielkiego lęku. Udało mu się zakumplować z dwoma amstaffami. Do tej pory tylko dwa razy na psa zawarczał. Raz wtedy gdy szczenię flata na niego skoczyło, a drugi raz gdy Gotti (ast) skoczył na niego, bo chciał się bawić. Dain póki co zaliczył jedną bójkę, ale nie odbiła się na nim jakoś mocno. Dudek do psów ciągnie, są dla niego sporym rozproszeniem. Chociaż na jednym treningu pięknie wytrzymał w pozycji siad-zostań gdy Milky (BOS) do niego podszedł :) Tutaj w sumie pracujemy tylko nad ignorowaniem psów.


Stosunek do obcych ludzi.
Laki nie garnął się do obcych, ignorował ich póki go nie zaczepiali. Jeśli zaczepiali to olewał. Kiedy ktoś chciał go głaskać zazwyczaj nie podchodził, unikał kontaktu. Jednak z czasem udało mi się wypracować to by stał i dawał się głaskać. To moje największe osiągnięcie w pracy z Młodym.
Jeśli ktoś przyjeżdżał do nas albo my przyjeżdżaliśmy do kogoś Lakiemu wystarczył dzień- dwa by do obcych się przyzwyczaić. I pozwalać się głaskać. Na wakacjach w Goleniowie Laki był brany na spacery przez moją babcię i dziadka. Z relacji wiem, że zachowywał się wzorowo był grzeczny, a jak dziadek go spuszczał słuchał się go.
Laki kochał równie mocno jak mnie, moją przyjaciółkę Olkę. Mogła przyjść do mnie wziąć  go na spacer, spuścić, a on słuchał jej się tak jak mnie, a nawet bardziej (po czasie dowiedziałam się, że przychodził do niej chętniej za zawołanie niż do mnie, menda jedna.). Pocieszał ją kiedy trzeba było, potrafił za nią polecieć nie oglądając się za mną.
Do innych przyzwyczajał się na dwa sposoby: albo trzeba było przed Lakim spierniczać ile sił w nogach albo być przez jakiś czas w jego towarzystwie.
Dain też nie garnie się do obcych.
Albo inaczej. Garnie się, ale w negatywnym sensie. Potrafi człowiekowi do portek skoczyć. Pierwszy raz to zrobił jak miał cztery miesiące i był spuszczony wraz z Nelly w parku. Szedł sobie chłopaczek, a Dain sruu do jego portek. Na szczęście udało mi się go odwołać. Kiedyś u mnie na osiedlu jakiemuś dzieciakowi o mało spodni nie ściągnął. Pracuję nad tym i takie wyskoki już obecnie się nie zdarzają.
Dain gonić ludzi nie umie. Dla mnie to dziwne, bo Laki na moje hasło ganiał moich znajomych i mnie samą, a Dain ni hu hu.
Jemu nie wystarczy przebywanie jakiś czas w czyimś towarzystwie. Wujka który był u nas kilka dni nie polubił, mojego chłopaka zaczął tolerować dopiero od niedawna, a Olkę poznał jak był pulpet i uwielbia do dziś :) Też spokojnie może go ona na spacer zabrać, ale nie puszcza go luzem, bo to to niewychowane do końca jest ;)
Za to głaskać się nie pozwala. Nie czeka, nie podchodzi, burczy i się chowa. Jednak sądzę, że jest to do przepracowania i póki co zależy mi na tym, by ludzie go nie rozpraszali i dobrze czuł się w tłumie.

Teraz przejdźmy do tego jak mi się z szetlandami pracuję.

I Laki i Dain to psy chętnie współpracujące. Daina nie trzeba jakoś specjalnie motywować aczkolwiek najlepiej pracuje na zabawkę (piłka, patyk, szarpak). Na smaczki tak samo, ale ja się trochę boję z nim na żarcie pracować, bo mnie szczypie ten cholernik mały. Dziś się tak wydarłam, że aż jedna babka się na mnie pogapiła. A miałam tylko suche żarcie :P
Z Lakim pracowałam tylko i wyłącznie na żarcie. Młody nie był najarany na zabawki, aczkolwiek szarpać się lubił (szczególnie moimi spodniami i butami...). Aportować aportował, ale traktował to w kategorii sztuczki i nie sprawiało mu to jakieś wielgachnej przyjemności, aczkolwiek miał okres kiedy mu się to bardzo spodobało.
Oba psiury dość szybko łapią o co mi chodzi.
Presja.
Odnoszę wrażenie, że Dain gorzej to znosi. Z tego powodu w domu praktycznie nie pracuję z nim. W pewnym momencie zaczynam od niego oczekiwać takiego poziomu pracy i skupienia jak u Lakiego i oboje się denerwujemy i guzik z tego wychodzi.
Z Lakim pod tym względem źle nie było, bo on po prostu robił to co od niego oczekiwałam, a jak nie robił to szukałam sposobu, żeby zrobił albo samo wychodziło.



Jeśli chodzi o tempo wykonywania komend to Dain jest niekwestionowanym mistrzem. Laki obroty robił w miarę szybkie, ale spokojnie nadążałam za psem wzrokiem. Natomiast Dain jak chce (a chce często) to obroty robi cholernie szybkie. Wystarczy, że ręką ledwo ruszę i ten już kręci się w kółko z charakterystycznym charkotem.
Podobnie z przywołaniem. Laki czasami leciał na złamanie karku, ale zawsze hamował siadając niemalże w biegu (najczęściej wpadał na moje nogi...) a czasami kłusował w moją stronę.
Dain zawsze leci na złamanie karku i nóg. Czasem tak szybko, że z hamowaniem nie wyrabia i mija mnie, a potem wraca do mnie. A czasem hamuje, ale gdzieś na wysokości moich bioder. Ostatnio mimo tego, że ma nie do końca sprawną łapę (ale jest lepiej) przyleciał do mnie i oczywiście w pięknym stylu zahamował na moich spodniach. Skacząc. Łapy ubłocone, of course.

Oba psy na smyczach nie ciągną. Lakiego uczyć nie musiałam, Daina też. Tyle, że Dain idzie przede mną (bardzo dobrze!), a Laki jak już był na smyczy to albo obok mnie albo za mną.
Laki jak już pewnie wszyscy wiedzą, latał bez smyczy wszędzie. W pewnym momencie jak jechaliśmy gdzieś tramwajem to jak zatrzymywał się na przystanku, spuszczałam Młodego ze smyczy i wychodził z pojazdu sam. A raz mieliśmy fajną sytuację kiedy poszłam z Lakim po przyjaciół i mieliśmy iść do mnie na galaretkę, a że miałam do nich rzut beretem to smyczy nie brałam. Skończyło się tym, że poszliśmy na bunkry, potem wsiedliśmy w tramwaj i pojechaliśmy na inne osiedle :P
Daina spuszczam ze smyczy dopiero na jakiejś łące kiedy upewnię się, że na horyzoncie nie ma żadnego psa ani żaden pies nie pojawi się w ciągu kilku minut. Wołam go jak najczęściej, jak przyjdzie nagradzam, chwytam za szelki i trzymam rozglądając się. Po upewnieniu się, że nie ma w promieniu kilkunastu metrów psa znów go puszczam. Na osiedlu Daina nie puszczam od dłuższego czasu. Wystarczyło mi tych kilka akcji ze zżeraniem kup, zeżarciem nie wiadomo czego, porwaniem woreczka z szynką (zjadł go) czy pogonią za gołębiem. Ale sądzę, że za jakiś czas będzie mógł chodzić luzem po osiedlu, z resztą już uczę go zatrzymywania się na przejściach i przede wszystkim przywołania, które całkiem dobrze nam idzie.

Jeśli chodzi o inne różnice to Laki wody nie lubił. Tj. lubił do pierwszego roku życia, potem przestał. Dain chętnie wbiegał za kijkami do jeziora i morza.

Laki wszedł jeśli go o to prosiłam, do wody podszedł na chwilę się napić, ale to tyle w temacie.

Oba psiska miały okazję poznać Nelly. Dain jako, że poznał ją w szczenięctwie to nauczył się od niej...zbierania patyków. Laki poznał Nelly jak miała dziewięć miesięcy, więc tutaj to Nelly uczyła się od Lakuta, a nie Lakut od niej.
W sumie bardzo się cieszę, że Dain pokochał patyki, bo przynajmniej mam w razie czego awaryjną zabawkę ;)
                                                      Laki kija najwyżej ciągnął :)
Tak teraz myślę w czym ich porównać...
Inteligencja? Nie ma sensu, oba tak samo inteligentne.
Sprawność fizyczna? Oba mają świetną kondycję jak to sheltie, aczkolwiek Dain to jeszcze w sumie szczeniak i to kontuzjowany, więc większy wysiłek fizyczny niewskazany. Na to jeszcze jest czas.
Przywiązanie do mnie? Po cholerę. Oba psy mnie kochają, a Dain jest u mnie w sumie niezbyt długi czas (nawet nie rok), więc nie zdążył się jeszcze wykazać pod tym względem.
Odwaga? W sumie jedyna różnica to ta, że Dain ma wywalone na strzały, a Laki reagował. A poza tym Dain jeszcze nie uczestniczył w jakiś niebezpiecznych sytuacjach, więc trudno mi ocenić.



















 Jestem pewna, że taką notkę jeszcze raz napiszę, za kilka lat, kiedy Dain będzie już psem dojrzałym, lepiej wyszkolonym. Ciekawe jak wiele jeszcze znajdę podobieństw, a ile różnic?
Ale jedno jest pewne.
Oba psy będą dla mnie równie ważne. Zawsze.
Laki i Dain różnią się pod wieloma względami. Pod wieloma są także podobni. Jednak to dwa różne psy i mimo, że Dain jest następcą Lakiego to Lakim nigdy nie będzie. Bo jest po prostu innym psem.
                                                                            

                                                                        

czwartek, 2 stycznia 2014

2013

2013 rok już od niedawna za nami.
Nadszedł czas bym i ja go podsumowała.

Zaczęłam regularne, profesjonalne treningi agility z Lakim.
Sam Laki stał się już mądrzejszy, mogłam mu bardziej zaufać. Zostawiłam go sam na sam bez smyczy na chwilę z obcym mu moim kolegą, zostawiłam pod wiejskim sklepem w towarzystwie dwóch wsiowych szczeniaków, pozwalałam mu chodzić po przystani bez smyczy (kiedyś zwiał ;) ), przechodził ze mną przez przejście dla pieszych bez smyczy. Ba, w ogóle przy nim z czasem zapomniałam o używaniu smyczy :) Ufałam mu, a on zawsze wiedział jak się zachować i słuchał mnie.
Poza tym wskoczyłam z nim na kolejny level, czyli Laki nauczył się stania na tylnych łapach i wchodzenia tyłem na schody/drzewo/etc.! :D Dla mnie to był wielki sukces :)


 
Po jakimś czasie Laki ogarnął overy na rękawiczkę. Bardziej szczęśliwa i dumna być nie mogłam! Aport się poprawiał. Aport, taka drobnostka, o którą walczyłam.
Później udaliśmy się na kontrolę do Myślenic w związku z jednostronnym wnętrostwem Młodego. USG wykazało, że jądro się znacznie powiększyło, a poza tym jakieś cysty się pojawiły. Termin kastracji: następna sobota.
Minął kolejny tydzień. Badania porobione. Z bólem serca kazałam Lakutowi wejść do klatki, w której miał czekać na zabieg. Wszedł posłusznie, jak to on. Poklęczałam chwilę przy nim. Laki popiszczał. Był zamknięty, nie przy mojej nodze. Musiałam go zostawić. Wyszłam, słysząc jego wołanie.
Odebraliśmy go.
Pomnę fakt, że o mało nie zemdlałam gdy wyciągali mu wenflon.
W domu zataczał się, wciąż otumaniony narkozą. Miał kołnierz coby rany sobie nie rozwalił.
Nastało 6 najgorszych dni mojego życia.
Tylko środa była cudowna. Wróciłam ze szkoły, a Młody wyleciał jak zwykle na schody mnie witać. Myślałam, że już będzie lepiej i w maju zadebiutujemy w Chorzowie na zawodach agility.
W czwartek się pogorszyło.
W piątek rano mama zabrała go do weta, a ja poszłam do kościoła na tą adorację i się wyspowiadać, by mieć zaliczenie w tym cholernym indeksie.
Wróciłam. Nie zdziwiłam się, że Laki nie przyczłapał do mnie. Pewnie leżał u mnie w pokoju.
(wdech, wydech, spokojnie)
,,Zasnął na zawsze", rzekła moja mama.
Płakałam jak nigdy w życiu.
,,Czemu on mi to zrobił?! Nie miał prawa!" (dobra nie płacz) krzyczałam na przemian płacząc.
Laki, który towarzyszył mi gdy dorastałam zmarł 29.03.2013.

Przez kolejne miesiące żyłam bez psa u boku. Nie pamiętam nic szczególnego z okresu drugiej gimnazjum.
Poświęciłam się Basiorowi. Z charakteru prawie idealne odzwierciedlenie Lakiego. Tyle, że w ciele owczarka niemieckiego.

Z Basiorem tłukliśmy takie bajery jak obi. Na bardzo początkującym poziomie, ale obi ;) I trochę sztuczek rzecz jasna. Basior cudnie opanował obrót. Siad rzecz jasna perfekcyjnie. W tym miejscu muszę się pochwalić jedną rzeczą :) Kiedyś kazałam Basiorowi usiąść, a ja sama trzymałam jego ulubioną zabawkę. Bawiliśmy się w samokontrolę. Basiorek zerwał komendę i sru do mnie i skoczył na mnie. ,,Siad!" huknęłam. Co zrobił Basior? W ułamku sekundy usiadł i czekał dalej nie tracąc ani grama motywacji! :D Zabawkę dostał ;)
Praca z Basiorem dawała mi dużo satysfakcji i to dzięki niemu zamarzyłam o owczarku niemieckim. Inteligentny, wierny, lojalny pies. Tego potrzebowałam po Lakim. Niestety, rodzice swoje. W bloku żadnego psa większego niż szetland. Dla nich każdy pies, który nie był szetlandem odpadał. Więc nie udało mi się przeforsować ani wilczura ani BOSa ani aussie ani bordera ani PRT. Nawet chiński grzywacz odpadał. Chociaż to w sumie dość łatwa rasa (z tego co czytałam).
Cóż drugim psem miał być szetland. Którego ja nie chciałam za bardzo.
Nawiązaliśmy kontakt z hodowlą Excellens Vivarium. Miał być szelciak tricolorek. Ale niestety, urodziły się trzy mioty, a w żadnym nie było tricolorowego chłopca.
Tutaj jeszcze było dzwonienie do hodowli Di'Leila 's Sheltie. Wbrew mojej woli trochę, ale co tam. Wszystkie szczeniaki merle, które miały się urodzić zostały zarezerwowane.
Stwierdziłam, że jak nie ma merlaków to trudno. Tricolora nie biorę. Jak w Excellens Vivarium nie ma tricolorków- chłopców to wezmę śniadaska.
Dostaliśmy zdjęcia dwóch 2 tygodniowych chłopców z drugiego miotu.
Mój wybór padł na tego z białą strzałką (czyżby sentyment?)
26 maja o ile mnie pamięć nie myli, Dain miał już 5 tygodni.
Wtedy spotkaliśmy się po raz pierwszy.


Pokochałam maleństwo od razu. Mimo, że mogłam jeszcze zdecydować się na rocznego śniadasa, też z białą strzałką. Ale nie. Chciałam od początku wychować psa po swojemu, nie chciałam psu tak nagle imienia zmieniać. Miało być takie jakie ja mu wybrałam. Po wytuleniu Daina wróciłam do Krakowa.
Pozostało mi czekać.
Miał do mnie trafić 22 czerwca, ale w wyniku niezależnych ode mnie spraw, termin ten przesunął się na 1 lipca.
Wtedy też udaliśmy się w drogę do hodowli, by zabrać następcę Lakiego, Daina.
Na początku jak go wzięłam trząsł się. Bał się maleńki, ledwo obudzony. Po chwili jednak uspokoił się i spokojnie leżał w moich objęciach.
Ruszyliśmy w drogę.
Po około godzinie Dain był w domu.

Nie żałuję tego, że jednak w moim życiu pojawił się kolejny szetland :)

                                            


                 
Spędziłam cudowne wakacje z moim nowym towarzyszem.
I wszystko było dobrze, aż do października.
Wiedziałam, że Basior ma guza na szyi. Jednak sądziłam, że to nic groźnego. Nie...gdzieś w tam w głowie myślałam, że to chłoniak...
17 października, wieczorem usłyszałam straszną wiadomość.
Basior zmarł w nocy. Zabrał go rak mózgu.
Ta wiadomość mną wstrząsnęła. Już drugi ukochany pies odszedł w tym cholernym roku.
Cieszę się, że mogłam poznać i pracować z tak wspaniałym psem.
Życie toczyło się dalej. Ja i Dain z sukcesami trenowaliśmy agility, ja sama rozbudowałam swoją nową pasję, poznałam dzięki niej dwójkę wspaniałych przyjaciół.
I tak żyjemy do dziś.
Ja z dwoma psami w sercu i jednym obok siebie.
Z tym, że niedawno Dainowi przydarzył się wypadek. Na krótkiej smyczy szarpnął do psa za płotem i wywalił się do rowu i zerwał ścięgno przy kolanie. A to wyłączyło go na miesiąc z większej aktywności i treningów.
Dain już przestaje wytrzymywać :)

Rok 2013 w przewadze nie był dla mnie dobry, lecz mimo to znalazło się tam parę większych i mniejszych pozytywów. Czas szybko leci. Niedługo (24 stycznia) stuknie mi 16 rok życia, 19 stycznia będzie już 7 rok od czasu pojawienia się Lakiego w moim życiu, 29 marca będzie pierwszą rocznicą jego śmierci, a z kolei 15 kwietnia Dain będzie miał pierwsze urodziny :)


Mam nadzieję, że ten rok będzie obfitował w wielkie i małe sukcesy, czego życzę także Wam i Waszym psiakom :)