sobota, 21 grudnia 2013

Powrót do żywych.


Prawdopodobnie, gdyby nie ten pan powyżej w ogóle nie zebrałabym się do napisania tu czegokolwiek.
Ba, dzięki niemu wzięłam się znów za kręcenie filmików, a i ostatnio użyłam klikera (tak, ostatnio tłukłam z Dainem tylko to co umiemy już i nie uczyłam niczego nowego.)

Dobra, ale wróćmy do stricte Daina.
Bydle ma już 8 miesięcy i 38 cm. I całkiem konkretne kły, dzięki którym mam bliznę na kciuku.
Oraz pierwsze trofea sportowe! :D
Otóż na dzisiejszym treningu odbyło się losowanie torku.
Został wylosowany torek numer 2.
Rozłożyliśmy przeszkody. 15 przeszkód, torek zerówkowy, więc luz.
W teorii.
Znaczy się generalnie 99% to nie była jakaś masakra dla mnie i tej części byłam pewna. Ale końcówka...
Powiem tyle, że trzeba było się nieźle nakombinować. Cik/cak, out, tu się obrócić, tu psa ściągnąć do siebie, żeby nie pokonał przeszkody w złą stronę. Trzy hopki, a tyle zamieszania.
Dain pobiegł genialnie <3 Szybko, łatwo się nim kierowało. Tylko te trzy hopki to nie najlepiej mi poszły, bo nie nadążyłam za psem, potem w ogóle pokręciłam wszystko, ale suma summarum to jakoś z tego wybrnęłam.
Na szczęście wykombinowałam jak pokonać tą nieszczęsną końcówkę, ale...pies zgubił mózg i w ogóle się dekoncentrował i leciał do mojego taty. Lecz mimo wszystko jestem z Rudego zadowolona, bo dał z siebie wszystko i pokazał jakim jest fantastycznym szelciakiem :)
Po 'zawodach' Dain dostał medal dla Najlepszego Sheltie i psie ciastka, a ja dostałam czekoladę :)
Po treningu jeszcze spotkaliśmy panią Kasię, od której wszyscy adżilitowcy dostali po prezencie ;)







Daina czekają pierwsze święta i Sylwester. Jeśli chodzi o Sylwester to nie boję się o stan psychiczny szczyla. Dudek w ogóle nie boi się strzałów. Najwyżej obróci głowę i tyle. Dziś w okolicy placu zabaw, na którym byłam z kolegą, odbyło się kilka salw, a Dain nie zwrócił na nie najmniejszej uwagi. Cieszy mnie to niezmiernie i mam nadzieję, że mu to zostanie, bo nie mam ochoty na przeżywanie tego co było z Lakim.


A co jeszcze u nas?
Ogarnięcie Daina przy psach jest już lepsze. Dzisiaj nie musiałam się z nim szarpać, wystarczyło, że pociągnęłam za smycz. Nawet nie musiałam używać magicznej komendy 'mam piłeczkę'. Mam nadzieję, że ten stan pozostanie na dłużej, a jak będzie się zmieniał to wyłącznie na lepsze.
Dobrze to może teraz krótko o wystawie.
Dain zdobył drugie miejsce i ocenę wybitnie obiecującą :) W opisie (dokładny niedługo znajdzie się w zakładce poświęconej Dainowi na blogu) został pochwalony jego płynny ruch oraz przygotowanie do wystawy, zarówno psychiczne jak i fizyczne. Z wad to zdecydowanie słaby stop Daina, ale o tym akurat wiedziałam od jakiegoś czasu.
Dain w ogóle nie był zestresowany na wystawie (wbrew temu co wróżyli w ZKwP w Krakowie). Pozwolił sędzinie obejrzeć sobie zęby, a co dla mnie najważniejsze to...
...po raz pierwszy całkowicie zrelaksował się przy psie! Przed naszym występem położył się koło swojej rówieśniczki, ślicznej śniadej suni. Byłam w szoku. Później zdumiałam się jeszcze bardziej, gdy właścicielka suni, przechodząc stanęła na moment między leżącymi szelciakami, a Dain w ogóle nie zareagował! Nie przestraszył się, nic. Przy okazji wystawy zaprzyjaźnił się z przecudnym maliniakiem i dostał opierdziel od suni owczarka pirenejskiego, bo podszedł do niej gdy ta leżała ;) Ponad to dostałam od mojego szczyla zębami po dłoni (tia, szarpak od dłoni niczym się nie różni), ale tragedii nie było. Po wystawie kupiłam Rudemu piszczącą piłkę i pozwoliłam potaplać się w okolicznym stawie.
A tak to wszystko toczy się swoim rytmem. Dain wciąż próbuje zeżreć mojego kolegę, ale na szczęście jest w stanie koło niego iść bez żadnego rzucania się czy strachu.
Dain staje się coraz dojrzalszy, coraz bardziej mądrzejszy i coraz bardziej genialny.
Coś czuję, że rośnie mi przyszły agilitowy mistrz ;)
Poza tym coraz częściej, czasem mimowolnie, porównuję Daina do Lakiego. No dobra, ale o tym w kolejnej notce :)