piątek, 6 września 2013

Wszystko co dobre kiedyś się kończy

W tym właśnie wakacje ;)
Były to pierwsze wakacje Rudego. I to nie byle jakie! Było żeglowanie, szarpanko na latarni morskiej, wypad na The Tall Ships Races (pozdrawiam tłum ludzi!), zwiedzanie Międzyzdroi.
Ale po kolei.
Z ojczystego Krakowa wyjechaliśmy około 4 rano 1 sierpnia. Dudek dobrze zniósł pierwszy etap podróży, nie miał rewolucji jak podczas pierwszych jazd samochodem.
 Zatrzymaliśmy się na postoju dla tirów, gdzie Dain mógł poszaleć ze mną na małej łączce.
Dziecko dostało pierdolca i ani myślało wracać!
Posiadanie kurdupla jest wtedy nieocenione, bo wystarczy złapać skrzata, pod pachę i sru. Tylko sęk w tym, żeby złapać. Wtedy lepiej poczekać jak się zmęczy, bo próba zatrzymania w biegu może skończyć się kolizją szczeniaka i ręki.

Po postoju ruszyliśmy w dalszą drogę.
Później dość spontanicznie zajechaliśmy do Kawały, gdzie mieszczą się bunkry no i można pooglądać czołg ;)
Byliśmy już tam z Lakim w któreś wakacje. Miejsce sprawdzone to dawaj!
Jak dla mnie obowiązkowym punktem programu było powtórzenie zdjęcia na czołgu jakie miałam z Młodym. Plan ten musiał poczekać z racji dzieciaków, które okupowały grupowo czołg. Na początek musiałam zadowolić się powtórką zdjęcia pod kierunkowskazem.
Jak widać mieliśmy kilka dróg do wyboru, a nawet transport, ale ja wolałam poodgniatać siedzenie na kamieniach i czekać, aż okupacja czołgu się zakończy.
Cierpliwość popłaca dzięki czemu mam swoje powtórkowe zdjęcie ;)
Nie mam nic przeciwko powrotom w takie miejsca, szczególnie gdy można się dodatkowo uzbroić.
Dosłownie.
Stałam się dumną posiadaczką pocisku od kałasznikowa na rzemyku.
Teraz potrzeba jeszcze kałasznikowa ;)
 
Później poszliśmy zwiedzać okoliczne tereny.
Wokół trwały prace budowlane. Z tego co wiem chyba coś tam robili z odprowadzaniem wody czy jakoś tak.
W każdym razie do środka bunkra wejść można było, lecz my nie skorzystaliśmy. Ruszyliśmy już w stronę auta by ruszyć w dalszą drogę do Goleniowa.
Po drodze wyczaiłam transporter i już odruchowo pobiegłam tam z Dainem i zaczepiłam smycz na haku z nadzieją, że może go pociągnie ;)
Oczywiście leń nie pociągnął toteż zdjęłam smycz i kilka minut później byliśmy w naszej megance.
Dalsza droga przebiegła gładko i dobrze. W okolicach południa dotarliśmy do Goleniowa.

Następny dzień upłynął nam na spotkaniu z rodziną, gdzie Dain miał okazję pobawić się ze swoim rówieśnikiem, Figo (york w typie).




Za to w dniu trzecim pojechaliśmy na pierwszy dzień Zlotu Wielkich Żaglowców czyli The Tall Ships Races w Szczecienie! :D
Dain rzecz jasna z racji swego wieku pojechał z nami. I sprawdził się doskonale. Głównie był na rękach, ale idąc o własnych siłach wcale nie obawiał się wielkiego tłumu, a głośna muzyka nie robiła na nim wrażenia. Nawet wykonał parę komend.

Później dorwała nas ulewa więc schowaliśmy się pod przeciekającym drzewem wraz z kilkorgiem studentów. Na miejscówę generalnie nie narzekałam, bo udało mi się dojrzeć z niej innego szelciaka ;)
Po ulewie ja i Dain wyglądaliśmy tragicznie.

Później poszliśmy zwiedzać dalej. Ja dorwałam konika na sprężynie, po czym dosiadłam wierzchowca, ale nie miał zamiaru ruszyć xD Dain przybrał sławetną minę pod tytułem Poker Face ;)
Zaczęło się robić coraz ciemniej, więc zaczęliśmy się zwijać z Wałów Chrobrego.
Cóż, life is brutal i utknęliśmy w gąszczu ludzi.
Pozdrawiam mistrza drugiego planu :)

W końcu udało nam się wyrwać z tego tłumu i wróciliśmy do Goleniowa.
Następny dzień spędziliśmy na działce i w Stepnicy, gdzie Dain przeszedł wodny chrzest bojowy.

Później byliśmy już na ostatnim dniu TSR.
A dwa dni później byliśmy już w Lubczynie.
Dain siedział na sznurku ze względu, że to szczeniak jeszcze, a jak wiadomo szczeniak to taki głupkowaty dureń ;)

Trzeciego dnia pobytu w Lubczynie tata wypożyczył ,,Brombę", jacht, który sprowadzał ze stoczni, a do którego ja mam wielki sentyment.
Był to już drugi rejs Daina. Pierwszy odbył na wiosłówce.


Ja za to miałam okazję poprowadzenia Bromby, aż do portu.
Tego dnia poszłam też wieczorem na plażę, gdzie Dudek mógł się trochę zamoczyć.

Wchodził do wody tylko za mną, a kilka dni później wbiegał na płyciznę za muszelkami po ślimakach.
Następnego dnia również odwiedziła nas rodzina. Wieczorkiem poszliśmy sobie na plażę, gdzie Dain i Chanel (york w typie) mogli się poganiać. Chanel nie była zachwycona towarzystwem szczyla, gdyż sama jeszcze niedawno chowała szczenięta i pewnie odechciało jej się kontaktu z gównażerią ;)

W dniu kolejnym znów odbył się rejs, tym razem testowy (tata sprawdzał nowy silnik od DZ-ty). Ja już tradycyjnie zajęłam się klarowaniem jachtu, a po tejże czynności przestałam czuć plecy :P

Dain już tradycyjnie przednimi łapami oparł się na burcie, by pooglądać jezioro i wczuł się w rolę wiosła, wystawiając głowę przez dulkę.


Kolejnego dzionka zrobiliśmy maraton zaliczając Woliński Park Narodowy z Jeziorem Turkusowym (mimo zakazu z wchodzenia z psem, były tam jeszcze dwie rodziny z psami, nie licząc nas) i Międzyzdroje.



Zaliczyliśmy jeszcze kolejne tereny powojenne, gdzie poznałam mojego przyjaciela (zdjęcie powyżej). Przewodnika mieliśmy świetnego :D Wykorzystał obecność Daina i rzekł do zgromadzonych słuchaczy ,,Mamy także Szarika" ;D
Wreszcie dotarliśmy do Międzyzdroi, gdzie za cel obraliśmy sobie Muzeum Figur Woskowych.
Z psem można, ale tylko na rękach.
Dain i Da Vinci urodzili się tego samego dnia ;)
Następnie wpadliśmy do Mini Centrum Nauki. Też można z psem, także na rękach.
A w drodze powrotnej Dain w nagrodę za odwagę mógł się poszarpać.










Przez kolejne dni 'umierałam' (gorączka...), ale jakoś się z tej dżumy pozbierałam, bo przed nami był wyjazd do Chłopów.
W Goleniowie odbyłam ostatni tegoroczny spacer z dwupakiem. Oba postrzeleńce latały luzem. Dain nikogo nie zagryzł, a Nelly nie stratowała 'syneczka'. Daina wołałam sporadycznie, bo wystarczyło zgarnąć Nelly, by złapać Daina. Dudek szczególnie upodobał sobie Nelciowe patyki, a suka posłusznie pozwalała mu wyciągać sobie z pyska. I to całkiem porządne drągi.








W Chłopach Dain odbył swoje pierwsze starcie z domem Posejdona. I muszę przyznać, że byłam zachwycona, gdyż polubił bardzo morze :)
Chętnie biegał za patykami (chociaż nie zawsze udawało mu się je złapać, a i z przynoszeniem był momentami problem).

Kolejny dzień spędziliśmy w Kołobrzegu i w markecie wojskowym ;)
 W każdym z tych miejsc Dain radził sobie świetnie.
No dobra, w markecie był odrobinę zestresowany, ale najgorzej nie było.





















Kolejne dni spędziliśmy głównie w Chłopach, które ogłaszam polską stolicą szetlandów :D Spotkałam tam dwa sheltie, ze dwie-trzy osoby rozpoznały rasę (pozdrawiam pana, który się spytał czy Dain to border collie xD), a dwie inne miały szelciaka ;)








Któregoś dnia na plaży Dain bardzo mnie zaskoczył wykazując się pięknym przywołaniem w rozproszeniach. Bawił się z pewnym pinczerowatym pieskiem, po czym pinczer postanowił się przebiec, a Dain za nim. Poszły oba dwa w tłum ludzi. Właścicielka pinczerowatego gwizda na swojego psa, ja zaczęłam wołać. W pewnym momencie Dainiasty się odwrócił i...poszedł jak strzała do mnie ignorując pudelka, który chciał się z nim pobawić :D Cud! <3








Szybko zbliżał się koniec pobytu w Chłopach i powrót do Krakowa.
Wobec czego postanowiłam zabić swoje wakacyjne lenistwo i wyjść z Dainem na samotny spacer po plaży.
Po przebojach z kundelkiem w typie cardigana, który nas uparcie prześladował (w końcu sobie odpuścił), mogłam w spokoju oddać się fotografowaniu i rzucaniu Dainowi drągów w spienione fale.









Później wybraliśmy się rodzinnie na plażę.
A ja nauczyłam się uważać na słowa ;)
-Mamo, idę utopić pieska!
(Po kilku minutach biegania z Dainem przy brzegu wracam z mokrymi spodniami i mokrym psem)
-Mamo, bo psa mi wzięło zalało!





Dnia następnego opuściliśmy Bałtyk i udaliśmy się w kierunku Krakowa zahaczając o Toruń.
Dain na Starówce poradził sobie doskonale. Szarpał się, nie okazywał lęku :) Miał jakieś tam szelcie schizy w stylu zaganiamy gołębie albo szczekamy na człowieki ;)


Po korkowych perypetiach nocnych, wróciliśmy w końcu do Krakowa.
Przywiozłam masę zdjęć i wspomnień spotkanych ludzi, psów i odwiedzonych miejsc.

Te wakacje, mimo, że inne pod wiadomym względem, uznaję za udane i owocne.


                    Podróż ze szczeniakiem, ba! z psem to zapewnienie mnóstwa atrakcji i niezapomnianych przeżyć, czego życzę wszystkim :)





P.S. Filmik pojawi się w najbliższych dniach :)